Arkusz III
Poziom Rozszerzony
Temat 1. Analiza
i interpretacja wiersza Wisławy Szymborskiej Milczenie roślin.
WISŁAWA
SZYMBORSKA MILCZENIE ROŚLIN
Jednostronna znajomość między
mną a wami
rozwija się nie najgorzej.
i co się z wami dzieje w
kwietniu, a co w grudniu.
Chociaż moja ciekawość jest bez
wzajemności,
nad niektórymi schylam się
specjalnie,
a ku niektórym z was zadzieram
głowę.
Macie u mnie imiona:
klon, łopian, przylaszczka,
wrzos, jałowiec, jemioła,
niezapominajka,
a ja u was żadnego.
Podróż nasza jest wspólna.
W czasie wspólnych podróży
rozmawia się przecież,
wymienia się uwagi choćby o
pogodzie,
albo o stacjach mijanych w
rozpędzie.
Nie brakłoby tematów, bo łączy
nas wiele.
Ta sama gwiazda trzyma nas w
zasięgu.
Rzucamy cienie na tych samych
prawach.
Próbujemy coś wiedzieć, każde na
swój sposób,
a to, czego nie wiemy, to też
podobieństwo.
Objaśnię jak potrafię, tylko
zapytajcie:
co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie
zakorzenione.
Ale jak odpowiadać na
niestawiane pytania,
jeśli w dodatku jest się kimś
tak bardzo dla was nikim.
Porośla, zagajniki, łąki i
szuwary –
wszystko,
co do was mówię, to monolog,
i nie wy go słuchacie.
Rozmowa z wami konieczna jest i
niemożliwa.
Pilna w życiu pospiesznym
i odłożona na nigdy.
(W. Szymborska,
Widok z ziarnkiem piasku, Poznań 1996.)
Temat 2. Dwa opisy ogrodu
– dwa sposoby mówienia o naturze. Analiza
i interpretacja porównawcza
fragmentów Pana Tadeusza Adama
Mickiewicza i opowiadania Pan Brunona
Schulza (zwróć uwagę na językowe środki kreacji świata przedstawionego i
związane z nimi koncepcje natury).
Był sad -
Drzewa
owocne, zasadzone w rzędy,
Ocieniały
szerokie pole; spodem grzędy.
Tu kapusta, sędziwe schylając
łysiny,
Siedzi i zda się dumać o losach
jarzyny;
Tam, plącząc strąki w marchwi
zielonej warkoczu,
Wysmukły bób obraca na nią
tysiąc oczu;
Owdzie podnosi złotą kitę
kukuruza;
Gdzieniegdzie otyłego widać
brzuch harbuza,
Który od swej łodygi aż w daleką
stronę
Wtoczył się jak gość między
buraki czerwone.
Grzędy
rozjęte miedzą; na każdym przykopie
Stoją jakby na straży w
szeregach konopie,
Cyprysy jarzyn; ciche, proste i
zielone.
Ich liście i woń służą grzędom
za obronę,
Bo przez ich liście nie śmie
przecisnąć się żmija,
A ich woń gąsienice i owad
zabija.
Dalej maków białawe górują
badyle;
Na nich, myślisz, iż rojem
usiadły motyle
Trzepiocąc skrzydełkami, na
których się mieni
Z rozmaitością tęczy blask
drogich kamieni;
Tylą farb żywych, różnych, mak
źrenicę mami.
W środku kwiatów, jak pełnia
pomiędzy gwiazdami,
Krągły słonecznik licem
wielkiem, gorejącem
Od wschodu do zachodu kręci się
za słońcem.
Pod płotem wąskie, długie,
wypukłe pagórki
Bez drzew, krzewów i kwiatów:
ogród na ogórki.
Pięknie wyrosły; liściem
wielkim, rozłożystym,
Okryły grzędy jakby kobiercem
fałdzistym.
(A. Mickiewicz, Pan Tadeusz, Warszawa 1982.)
Był tam wielki, zdziczały, stary ogród.
Wysokie grusze, rozłożyste jabłonie rosły tu z rzadka potężnymi grupami,
obsypane srebrnym szelestem, kipiącą siatką białawych połysków. Bujna,
zmieszana, nie koszona trawa pokrywała puszystym kożuchem falisty teren. Były
tam zwykłe, trawiaste źdźbła łąkowe z pierzastymi kitami kłosów; były delikatne
filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone i szorstkie listki
bluszczyków i ślepych pokrzyw, pachnące miętą; łykowate, błyszczące babki,
nakrapiane rdzą, wystrzelające kiśćmi grubej, czerwonej kaszy. Wszystko to,
splątane i puszyste, przepojone było łagodnym powietrzem.
Ogród był rozległy i rozgałęziony kilku
odnogami i miał różne strefy i klimaty. W jednej stronie był otwarty, pełen
mleka niebios i powietrza, i tam podścielał niebu co najmiększą,
najdelikatniejszą, najpuszystszą zieleń. Ale w miarę jak opadał w głąb długiej
odnogi
i zanurzał się w cień między tylną ścianę opuszczonej fabryki wody sodowej a
długą walącą się ścianą stodoły, wyraźnie pochmurniał, stawał się opryskliwy i
niedbały, zapuszczał się dziko i niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał
bodiakami, parszywiał chwastem wszelkim, aż w samym końcu między ścianami, w
szerokiej prostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Tam to nie
był już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wściekłości, cyniczny bezwstyd
i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji, panoszyły się puste,
zdziczałe kapusty łopuchów – ogromne wiedźmy, rozdziewające się w biały dzień
ze swych szerokich spódnic, zrzucając je z siebie, spódnica za spódnicą, aż ich
wzdęte, szelestne, dziurawe łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe
to plemię bękarcie.
A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły się jedne na drugich,
rozpierały
i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętą masą blach listnych, aż pod niski okap
stodoły.
(B.
Schulz, Pan [w:] Sklepy cynamonowe, Kraków
1978.)