Arkusz I
Poziom Podstawowy
Temat 1.Odwołując
się do załączonego fragmentu powieści Lord
Jim Józefa Conrada
oraz
kreacji tytułowego bohatera Kordiana
Juliusza Słowackiego, wyjaśnij
istotę
postawy romantycznej.
– A jednak to jest prawda, to jest
prawda. Zanurzyć się w niszczącym żywiole... – Mówił stłumionym głosem, nie patrząc
na mnie, ująwszy twarz w obie dłonie. – To jest jedyna właściwa droga. Iść za
marzeniem i znowu iść za marzeniem – i tak zawsze do końca...
Potrząsnął z wolna głową, a
potem spojrzał na mnie cierpliwym i badawczym spojrzeniem.
– To wstyd doprawdy – powiedział
– oto siedzimy i gadamy jak dwa dzieciaki zamiast skupić się i wynaleźć coś
praktycznego – jakiś praktyczny środek ... przeciw złu... przeciw wielkiemu złu
– powtórzył z żartobliwym i wyrozumiałym uśmiechem.
Mimo to jednak rozmowa nasza nie
stała się „praktyczniejsza”. Staraliśmy się nie wymawiać imienia Jima, jak
gdyby usiłując wyłączyć z rozmowy wszystko, co realne, i jakby Jim był tylko
błędnym duchem, cieniem cierpiącym i bezimiennym [...]
– On jest romantykiem, tak,
romantykiem – powtórzył. – A to bardzo źle... bardzo źle... Ale i bardzo
dobrze – dodał.
– Czyżby z niego był naprawdę
romantyk? – zapytałam.
– Z pewnością – odrzekł i
przystanął wznosząc kandelabr, ale nie spojrzał na mnie. Oczywiście. Czymże
jest to, co przez wewnętrzny ból zmusza go do poznania samego siebie? Czym jest
to, co sprawia, że on dla pana i dla mnie istnieje?
W owej chwili trudno mi było
uwierzyć w to istnienie Jima, które się wywodziło z wiejskiego probostwa,
przesłonięte tłumem ludzi jakby kłębami pyłu i zagłuszone przez sprzeczne
żądania życia i śmierci na tym zmaterializowanym świecie.
Lecz jakaś inna, niezniszczalna
rzeczywistość tego człowieka stanęła przede mną z przekonywającą, z
nieodpartą siłą. Ujrzałem ją żywą, jakbyśmy, posuwając się tak przez wysokie
ciche pokoje wśród przelotnych błysków światła i nagłych zjawiań się ludzkich
postaci, skradali się z pełgającymi płomykami przez niezmierzone, przejrzyste
głębie, jakbyśmy się zbliżali do absolutnej Prawdy, która – tak jak Piękno
nieuchwytna i niepojęta – pływa po spokojnych, cichych wodach tajemnicy, na
wpół w nich pogrążona.
– W połowie być może Jim jest
romantykiem, [...] ale pan to jest nim z wszelką pewnością. Ruszył znów naprzód
z głową spuszczoną na piersi, trzymając świecznik wysoko.
– Przecież ja także istnieję –
powiedział.
Szedł przede mną. Śledziłem jego
ruchy, ale nie widziałem w nim szefa firmy, pożądanego gościa popołudniowych
zebrań, korespondenta uczonych towarzystw, gospodarza podejmującego wędrownych
przyrodników; widziałem tylko istotę jego przeznaczenia,
za którym umiał iść pewnym
krokiem – to jego życie rozpoczęte wśród skromnych warunków, bogate w
szlachetny zapał, przyjaźń, miłość, walkę, we wszystkie sławione pierwiastki
romantyzmu. U drzwi mego pokoju zwrócił się ku mnie.
– Tak
– rzekłem, jakby prowadząc w dalszym ciągu rozmowę – a oprócz innych marzeń,
zapragnął pan namiętnie pewnego motyla; gdy zaś w piękny poranek marzenie to
zaszło panu drogę, chwycił pan w lot wspaniałą sposobność. Prawda? Podczas gdy
on...
Stein podniósł rękę.
– A czy pan wie, ilu
sposobnościom pozwoliłem uciec, ile utraciłem marzeń, które zaszły mi drogę? –
pokiwał głową z żalem. – Zdaje mi się, że niektóre z nich byłyby bardzo piękne,
gdybym umiał je urzeczywistnić. Wie pan, ile ich było? Może i ja sam nawet nie wiem.
– Czy marzenia Jima piękne były,
czy nie – odrzekłem – pamięta on na pewno o jednym, którego nie pochwycił.
– Każdy z nas pamięta o paru
takich – powiedział Stein – i to właśnie sprawia przykrość, wielką przykrość...
(J. Conrad, Lord Jim, BN 1997.)
Temat 2.
Człowiek pod władzą despotyzmu. Rozważ problem, odwołując się do sceny
Sen Senatora oraz innych
wybranych fragmentów Dziadów cz. III
Adama
Mickiewicza.
SENATOR: (przez sen)
Własnoręczny – Ha! Ha! Ha! – Rubli sto tysięcy.
Order! – Gdzie lokaj? Przypnij tu! Tytuł książęcy!
A! – A! – Wielki marszałku! A... pękną z zazdrości!
(przewraca się)
Do cesarza! – Przedpokój – oni wszyscy stoją;
Nienawidzą mnie wszyscy, kłaniają się, boją.
Marszałek – grand – controleur – ledwie poznasz, w masce.
Ach, jakie lube szemrania,
Dokoła lube szemrania:
„Senator w łasce, w łasce, w łasce, w łasce”.
Ach, niech umrę, niech umrę śród tego szemrania,
Jak śród nałożnic moich łaskotania!
Każdy się kłania,
Jestem duszą zebrania.
Patrzą na mnie, zazdroszczą – nos w górę zadzieram
O rozkoszy! Umieram, z rozkoszy umieram!
(przewraca się)
Cesarz! Jego imperatorska mość – a! Cesarz wchodzi,
A! – Co? – Nie patrzy! Zmarszczył brwi, spojrzał ukosem?
Ach, najjaśniejszy panie! – Ach! – Nie mogę głosem –
Głos mi zamarł! – Ach, dreszcz, pot – ach, dreszcz ziębi,
chłodzi!
Ach, marszałek...Co? Do mnie odwraca się tyłem!
Tyłem! A! Senatory, dworskie urzędniki!
Ach, umieram, umarłem, pochowany, zgniłem
I toczą mię robaki, szyderstwa, żarciki.
Uciekają ode mnie. Ha! Jak pusto, głucho!
Szambelan szelma, szelma: patrz, wyszczerza zęby –
Dbrum – ten uśmiech, jak pająk, wleciał mi do gęby.
(spluwa)
Jaki dźwięk! – To kalambur! – O brzydka mucho!
(opędza koło nosa)
Lata mi koło nosa,
Jak osa.
I epigramy, żarciki, przytyki,
Te szmery, – ach, to świerszcze wlazły mi w ucho...
Moje ucho, moje ucho!
(wytrząsa palcem ucho)
Jaki szmer! –
Kamerjunkry świszczą jak puszczyki,
Damy ogonem skrzeczą, jak grzechotniki;
Jaki okropny szmer, śmiechy, wrzaski:
„Senator wypadł z łaski, z łaski, z łaski, z łaski”
(pada z łóżka na ziemię)
DIABŁY: (zstępują
widomie)
Teraz duszę ze zmysłów wydrzem, jak z okucia
Psa złego, lecz niecałkiem: nałożym kaganiec,
Na wpół zostawim w ciele, by nie tracił czucia;
Drugą połowę wleczmy aż na świata kraniec,
Gdzie się doczesność kończy, a wieczność zaczyna,
Gdzie z sumieniem graniczy piekielna kraina –
I złe psisko uwiążem tam, na pograniczu:
Tam pracuj, ręko moja, tam świstaj, mój biczu!
Nim trzeci kur zapieje, musim z tej męczarni
Wrócić zmordowanego, skalanego ducha,
Znowu przykuć do zmysłów, jako do łańcucha,
I znowu w ciele zamknąć, jako w brudnej psiarni.
(A. Mickiewicz, Dziady
cz. III, Warszawa 1982.)