Arkusz III

Poziom Rozszerzony

 

 

Temat 1.  Porównaj sposób ujęcia motywu tułacza w sonecie Adama Mickiewicza

               Pielgrzym i w wierszu Kazimierza Wierzyńskiego Kufer.

 

ADAM MICKIEWICZ   PIELGRZYM

 

XIV

U stóp moich kraina dostatków i krasy,

Nad głową niebo jasne, obok piękne lice;

Dlaczegóż stąd ucieka serce w okolice

Dalekie, i niestety! jeszcze dalsze czasy?

 

Litwo! piały mi wdzięczniej twe szumiące lasy

Niż słowiki Bajdaru, Salhiry dziewice;

I weselszy deptałem twoje trzęsawice

Niż rubinowe morwy, złote ananasy.

 

Tak daleki! tak różna wabi mię ponęta;

Dlaczegóż roztargniony wzdycham bez ustanku

Do tej, którą kochałem w dni moich poranku?

 

Ona w lubej dziedzinie, która mi odjęta,

Gdzie jej wszystko o wiernym powiada kochanku –

Depcąc świeże me ślady czyż o mnie pamięta?

 

(A. Mickiewicz, Sonety krymskie, Warszawa 1982.)

 

 

 

KAZIMIERZ WIERZYŃSKI   KUFER

Marii Dąbrowskiej

 

Na strychu śpi mój powrót,

Kufer blachą okuty, walizy,

Cała moja ojczyzna,

Paszporty, obywatelstwa,

Emigracyjne wizy.

 

Kufer, mój wielki majątek,

Którego tutaj mam bronić,

Normalny nieszczęścia początek

I obłąkany koniec.

 

Kufer starych zjełczałych dzieci,

Gotowych dalej dziecinnieć i głupieć

I śród niezdatnych na nic rupieci

Samotność dzika, gorycz nostalgii,

Najrozpaczliwszy rupieć.

 

 

Psie wycie za moją ziemią karpacką,

Spazm do którego wstyd mi się przyznać –

I przeprowadzka za przeprowadzką,

Z Ameryki do Europy,

Z Europy do Ameryki,

Kufer na plecach,

Schodzone stopy,

Ojczyzna.

 

Taki jest bagaż. Taki wojaż,

Taki mój rozkład jazdy:

Wszystkie strony świata otwarte

A wyjścia z żadnej.

 

Taki jest potrzask. Ani co wziąć stąd,

Ani z czym dobiec na koniec:

Strych  mój i powrót,

Zguba i miłość,

Której zabić nie umiem

Ani obronić.

                                                                 

(K. Wierzyński, Kufer na  plecach, 1964.)

 

 

 

Temat 2. Dwa sposoby literackiego kreowania bohatera analiza i interpretacja

porównawcza fragmentów  Gloria victis  Elizy Orzeszkowej i  Kompleksu polskiego  Tadeusza Konwickiego.

 

Wodzem ich był człowiek świętego imienia, które brzmiało: Romuald Traugutt. Pytasz, dlaczego świętym jest to imię? Albowiem według przykazania Pana opuścił on żonę i dzieci, dostatek i spokój, wszystko, co pieści, wszystko, co raduje i jest  życia puentą, czarem, skarbem, szczęściem, a wziąwszy na ramiona krzyż narodu swego poszedł za idącym ziemią tą słupem ognistym i w nim zgorzał. Nie tutaj zgorzał. Nie w tej mogile śpi. Kędyś daleko. Ale wówczas na czele hufca tego na tę polanę przyszedł i patrzałyśmy na niego my, drzewa.

I głos jego słyszałyśmy z brzmieniem jak stal dzwoniącym, rozkazującym, niekiedy aż groźnym.

Tak grzmieć musiał w wąwozie termopilskim głos Leonidasa.

Czy Leonidas wiedział, że gdy wąwóz termopilski trupami hufca swego zasypie, stopa niewoli ziemi greckiej nie dosięże! Jeżeli wiedział, błogo mu było uściełać tę krwawą zaporę i jako pieczęć składać na niej siebie!

Ten nie wiedział. W orężnych sprawach ludzkich biegłym był, biegłość ta w dalekowidztwo wzrok mu zaostrzała, spostrzegał wyłaniającą się zza dnia ofiar i boju potworną czarną noc. Jednak szedł i prowadził, bo taką była moc słupa ognistego, który wówczas na ziemię wzbił się, taką tęsknota za obiecaną krainą wolności i takim był krzyż narodu jego, ciężki, nieznośny...

 

(E. Orzeszkowa, Gloria victis, [w:] Opowiadania wybrane, Rzeszów, 1992)

 

    Tak mogło być: Traugutt bez pośpiechu zstępował z ażurowych schodków wagonu. Nie rozglądając się, wprawnym okiem konspiratora zdołał spostrzec, że peron jest prawie pusty. Wzdłuż pociągu szedł niespiesznie patrol żandarmski. Widzieli już Traugutta. I on ich widział, choć zajęty był porównywaniem swego starego repetiera z zegarkiem stacyjnym. Postawił sakwojaż na żwirze peronu, rozejrzał się niedbale za bagażowym.[...]

W skok podjechała dorożka. Traugutt wsiadł do chybotliwego pojazdu.

– Do Europejskiego – powiedział, patrząc w głąb obłej ulicy wyłożonej czerwonym kamieniem polnym.[...]

Miasto warowało przyczajone w tych resztkach jesiennego słońca nad zachodem. Przechodnie szli śpiesznie, nie pozdrawiając się nawzajem. W oknach można było dostrzec ukryte za firankami twarze ludzi, którzy czekali, od wielu miesięcy z nadzieją i rozpaczą.[...]

Furman pokazał biczyskiem zamglony skwer nad rzeką, gdzie jaśniały w ostatku światła dziennego trzy wysokie, złamane słupy.[...]

Traugutt dostrzegł trzy ciemne toboły obracane przez wiatr pod tymi słupami. To były szubienice. Trzy szubienice jak trzy krzyże.[...]

Traugutt podszedł do wielkiego lustra stojącego w kącie. W mętnej, sczerniałej tafli zobaczył swoje odbicie: niewielkiego, chudego mężczyznę w drucianych okularach. Westchnął jakby z zawodem i przygładził ciemne włosy przy odstających uszach. Wiatr szarpnął oknem.

Traugutt odsunął brudną, lepką firankę i wzdrygnął się znowu jak wtedy w dorożce. Ponad słabowitym gołym drzewem zobaczył perspektywę skweru, smugę rzeki i białe haki szubienicy. Recepcjonista postarał się; dał dobry pokój od frontu.[...]

Traugutt wyjął zegarek, spojrzał na cyferblat, potem chciał kluczykiem nakręcić mechanizm, ale okazało się, że jest nakręcony do oporu. Więc schował zegarek i podszedł do sakwojaża. Otworzył go, wyjął flakon z wielkim korkiem szklanym, nalał do dłoni trochę przejrzystej zawartości, natarł szyję, skronie, ręce. Chciał podejść do lustra, lecz zrezygnował machnąwszy dłonią, a przy okazji powąchał tę silnie pachnącą rękę.

Potem siadł na łóżku przykrytym wyliniałą kapą i czekał. Przemagał rozwlekłe sekundy i minuty. Jakaś mucha, co nie zdążyła umrzeć przy pierwszym przymrozku, marudziła pod sufitem ze sczerniałymi stiukami gipsowymi. Traugutt wstawał, jakby chciał gdzieś śpiesznie pójść, ale znowu siadł na łóżku, zacierając kościste ręce. Czas marudził.

Wreszcie usłyszał ciche pukanie. Skoczył do drzwi, otworzył jednym ruchem gwałtownym. Stała w mroku, ale poznał od razu te zielonkawe, błyszczące jak u kota oczy i zadarty nosek.

Padli sobie w objęcia i tak objęci długo zbierali myśli.

–No co, Kościuszkówno? Jak życie, jak wszystko?

Wysunęła się z jego ramion, podniosła cienką woalkę. Uśmiechnęła się niepewnie, ze wstydem.[...]

–Czy policja wyda ci jutro paszport?

–Myślisz, że los mnie ułaskawi? Że schwytają mnie jutro i ześlą na Sybir miast powiesić
za miesiąc albo za rok. Nie, oddadzą jutro paszport i pojadę do Warszawy objąć dyktaturę
nie istniejącego państwa.

–Mówisz to z goryczą?

–Mówię, tak jak jest. Jak wypadło żyć.[...]

Odezwały się gwizdki policyjne, jacyś ludzie przebiegali tam i z powrotem wzdłuż budynku hotelowego.

–Słyszysz? Ścigają jakiegoś człowieka. Nieznanego.

–Nieznani ludzie walczyli zawsze o wolność. Dla pamięci, dla otuchy zachowywano nazwiska mianowanych bohaterów, ale kajdany rozgryzł własnymi zębami o każdej porze, w każdej złej czy dobrej chwili, w każdym momencie obrotu Ziemi anonimowy człowiek.[...]

–Trzeba wstać i ruszyć naprzeciw śmierci - szepnął do siebie Traugutt.

Ona chciała zapytać, co mąż mówi, ale w raptownym, pełnym zgrozy przeczuciu zrezygnowała i zastygła z dłonią nieśmiało wyciągniętą ku twarzy, na której odcisnęły się ślady drucianych okularów: tak mogło być.

 

(T. Konwicki, Kompleks polski, Warszawa 1989.)